Miłość do zpagetti i szydełko

Wiem wiem, ten post miał być o Halloween, ale uwierzcie mi, przygotowania trwają. Opublikuję go już niebawem :-)

Dziś wcale nie będzie o jedzeniu, a o robótkach ręcznych. Na szydełku :) Już od dłuższego czasu, przeglądając Wasze blogi, zawsze zachwycały mnie przeróżne cuda, zrobione właśnie z tej włóczki. Nie wspomnę już, jak bardzo podobają mi się pufy, którymi wciąż kusi Westwing. Jednak cena szybko mnie ostudziła. Pufy są pięknie wykonane i kolory bajeczne. Pewnie, ze chciałabym taką i u siebie. Jednak na tę chwilę są inne priorytety finansowe :)

Wpadła mi jednak taka myśl, aby spróbować swoich sił i zacząć od czegoś mniejszego i mniej kosztownego. Cena za motek włóczki zpagetti waha się w granicach do 35 zł i to jest około 120 m, czyli na taki koszyk lub serwetę wystarczy. Zamówiłam przez Internet i mam. Popełniłam jednak mały błąd. To co zamówiłam, trochę różni się jakością od popularnego zpagetti. Moja włóczka jest cieńsza i mam do niej za grube szydełko. Chciałam zrobić koszyk, ale żeby zrobić do niego samo denko, to dla takiego nowicjusza jak ja, to całkiem spore wyzwanie. Prułam ze 4 razy, bo się zwijało, rolowało i na pewno nic by z tego nie wyszło. Musiałam koniecznie zaopatrzyć się w cieńsze szydełko. Będąc w pasmanterii szydełka nie zakupiłam, ale wróciłam do domu ze sznurkiem bawełnianym i poliestrowym (dla mnie to zwykła sznurówka). Kupiłam dwa o różnych kolorach po 100 m i po 5 zł za każdy :) Jak widać na załączonym zdjęciu moja miłość do szarego jest Wielka !! :)

DSC_8264

DSC_8297

Postanowiłam poćwiczyć na sznurówce:) Przy cieńszym szydełku pewnie dziergałoby się lepiej. Mnie było ciężko, bo sam sznurek jest dosyć sztywny i mało elastyczny. Po odszukaniu odpowiedniego ściegu, zamiast koszyka z uszami wydziergałam coś takiego :)

DSC_8393

Dla chętnych załączam link z filmem instruktażowym. Za jego pomocą ruszyłam do przodu :)

kol1

ko2

DSC_8391

Na drugi ogień poszedł sznurek bawełniany. Podobał mi się jeden wzór na serwetę. Bardzo pomocny filmik, można zobaczyć go tutaj. Jeśli włóczki jest więcej to wychodzą piękne dywaniki. Z tym sznurkiem nie miałam większych problemów. Robi się ekspresowo. Po skończeniu serwety zostało mi kilka metrów, a szkoda mi było ciąć. W takim razie demonstruję serwetę, a potem prucie i biorę się za koszyk.

DSC_8413

ko4

ko3

ko5

DSC_8425

Jak dalej potoczy się moja przygoda z szydełkiem na pewno Was poinformuję :) Napiszę tylko, że mam wielką frajdę, że wyszło mi cokolwiek.

********

Pozdrawiam, uścisków moc!!!

Continue Reading

Dyniowe love

 

Witajcie po dłuższej przerwie!

Dopiero co zaczęłam pisać bloga, a już brakuje mi czasu na napisanie posta. Chyba muszę się bardziej zorganizować :) A to, co chcę Wam dzisiaj pokazać, wymagało ode mnie troszkę czasu, bo….. dzisiejszy post będzie kulinarny :) Z góry chcę uprzedzić, że nie jestem mistrzynią kulinarną i jeśli w przepisie, który Wam podaję, coś jest niejasne, to proszę wybaczcie. Postaram się szczegółowo odpowiedzieć na Wasze pytania, jeśli takowe będą. Dziś tematem przewodnim będzie dynia :)

Któregoś dnia, wracając z całodniowej wycieczki do domu, zobaczyliśmy stary wóz, stojący na uboczu przy trasie, wypełniony po brzegi dyniami przeróżnych odmian. Później żałowałam, że go nie sfotografowałam, ale może za rok…. Właściciele mają swoje gospodarstwo nieopodal i uprawiają dynie. I do konsumpcji i ozdobne. Oj było w czym wybierać. Korzystając z okazji, zakupiłam kilka dyń jadalnych, których wcześniej nie gościłam u siebie i kilka dyń ozdobnych. Jeszcze do niedawna dynię kupowałam tylko po to, aby zmienić ją w potwora i wsadzić do środka świeczkę :-) I robiła tak za lampion, dopóki nie nastał jej koniec, a potem lądowała w koszu. Dzisiaj też wycinam z dyń potwory, ale potem siup… pod nóż i do garnka. Można tworzyć z niej cuda w kuchni. Zazwyczaj kupowałam dynie duże, okrągłe i pomarańczowe, przypominające wyglądem piłkę do kosza, bo takie najczęściej są w sprzedaży w marketach. Te, które przywiozłam do domu, były zupełnie inne. Zobaczcie sami.

opisik

Postanowiłam zgłębić wiedzę na ich temat zanim je skonsumuję i tak np. dynia zielona to francuska odmiana Muscat de Provence. Wyśmienita w smaku, intensywny pomarańczowy miąższ i pysznie słodki. Doskonała do pieczenia i marynowania. Nadaje się do dań z makaronem i do placków. Dynia Hokkaido o kasztanowym smaku. Ma cienka skórkę, której nie trzeba wcale obierać.  Miąższ ma suchy i zwięzły. Idealnie nadaje się do pieczenia, do zup i do ciasta. Owoce nie są duże i zazwyczaj osiągają do 3 kg. Waltham Butterrnut pochodzi z Anglii, podobna wyglądem do gruszki o smaku piżmowym. Słodka o lekko orzechowej nucie. Doskonała do wszelkiego rodzaju zapiekanek. Bardzo często przyrządza się ją przekrawając na pół, usuwając nasiona, smarując masłem i zapiekając. Koniecznie muszę ją wypróbować :-) I Cotton Candy. Dla mnie to zupełna nowość. Na razie postoi u mnie troszkę jako ozdoba, bo jest śliczna i… biała, a później spróbuję coś z niej przyrządzić :) A tymczasem podaję przepis na zupę z dyni. Przepisów jest mnóstwo. Moja pierwsza zupa jaką ugotowałam z dyni była bardzo pikantna, bo dodałam do niej chili, ale już za kolejnym razem doszłam do wniosku, że najbardziej smakuje mi w takiej postaci.

Kremowa zupa z dyni

500 g dyni

2 cebule

3 średnie ziemniaki

1 marchew

litr bulionu warzywnego lub drobiowego

łyżeczka curry

kilka listków świeżej szałwii

2 łyżki śmietany 18 %

Dynię należy obrać, usunąć pestki i pokroić na kawałki. Marchew, cebulę i ziemniaki obieramy i kroimy na mniejsze części. Cebulę przekładamy do garnka z grubym dnem, szklimy na oliwie. Potem dodajemy marchewkę, dynię i ziemniaki. Wszystko zalewamy bulionem i gotujemy warzywa pod przykryciem do miękkości. Mniej więcej około 30 minut. Całość rozdrabniamy blenderem, aż zupa nabierze konsystencji kremu. Na koniec wmieszać śmietanę i podgrzać całość, ale nie gotować. Dodajemy curry. Można też doprawić solą i pieprzem do smaku. Ja dodaję posiekane listki szałwii, które zniewalają aromatem i świetnie komponują się  z dyniowym smakiem.

DSC_8198

DSC_8199

ko2

DSC_8207DSC_8206

DSC_8213

Kolejny smakołyk wyczarowany z dyni, który zawładnął mną całkowicie (i co roku muszę go zrobić), to dynia w occie. Doskonały dodatek do mięs, sałatek, a nawet deserów.

Marynowana dynia w zalewie octowej z goździkami

2 kg dyni pokrojonej w kostkę

1 szklanka octu 10%

0,5 kg cukru

litr wody

parę goździków

Wodę z cukrem, octem i goździkami zagotować. Zanim ułożyłam dynię w słoikach obgotowałam ją w zalewie partiami około 3 minut.  Zalewamy zalewą dynię i szczelnie zakręcamy słoiki. Pasteryzujemy ok 10 minut. Słoiki z nakrętką typu twist można postawić do góry dnem do wystygnięcia. Jak widać, ja ostatnio jestem fanką słoików z firmy Weck. Urzekły mnie swoim wyglądem. Słoiczków Weck o mniejszej pojemności użyłam również do powideł. Przepis można podejrzeć tutaj.

DSC_8228

ko3

DSC_8219DSC_8240

DSC_8245

DSC_8222_1

DSC_8248

Wytrwaliście ?

Mam nadzieję, bo na koniec mam jeszcze małą atrakcję. Z resztek dyni zrobiłam Pumpkin Pie – dyniowe ciasto. Jego dekoracja jest małą zapowiedzią, o czym będzie następny post ;-)

DSC_8257

Domyślacie się już ?

Napiszę tylko, że będzie strasznie :)

*****

Do zobaczenia!

DSC_8252

Continue Reading

Do lasu na grzyby

 

Jesień_2_2011-129

Nikt z Nas chyba nie spodziewał się tak pięknego, słonecznego września. Dużo słońca, temperatura odpowiednia. Chociaż już za oknem robi się szaro, ponuro i deszczowo.

Jednak korzystając z przychylności pogody, zdążyliśmy zaliczyć słoneczny weekend i wybraliśmy się do lasu. Miałam nadzieję, że uda nam się zebrać jakieś grzyby. Do tej pory nie mieliśmy szczęścia. Widocznie trzeba było zmienić teren i wybrać się na grzyby tam, gdzie ich pełno :)

Tym razem towarzyszyła nam moja mama, która wie gdzie szukać, bo ma „swoje miejsca”:-) Kiedy dojechaliśmy do celu, zaczęła się moja ceremonia. Ubieranie w czapkę, bluzę, kalosze, a następnie taniec ze sprayem do owadów z 10 minut. Tak tak. Nie ma się co śmiać. Jak tylko wchodzę do lasu dosłownie wszystkie komary lecą do mnie. I tylko do mnie. Mój mąż do lasu ubiera się w krótkie spodenki i koszulkę z krótkim rękawem, bo tak mu wygodnie. I nic go nie gryzie. Ja to chyba mam krew wymieszaną z sokiem malinowym, a on jest chory (dopisek męża: nie chory tylko nasączony piwem). Moja nadzieja, że nie będzie komarów, prysła jak bańka mydlana. Były dosłownie wszędzie, całe stada. Nawet spray nie pomógł. Jednak po znalezieniu pierwszego grzybka, przestało mi to przeszkadzać ;)

DSC_7745Jesień 2012-237

kol2

kol6

kol3

kol5

DSCN0407DSCN0417

DSCN0401

Potem był następny i następny i po dwóch godzinkach w lesie uzbieraliśmy całkiem sporo:-) Postanowiłam, że wszystkie grzyby zamrożę. Nie znalazłam pięknych okazów do marynowania, a z suszeniem byłby kłopot. Jak tylko otwieram piekarnik to mój synek jest przy nim w sekundę. Bo jest światełko, i czerwone cyferki. No nie jestem w stanie go od niego odciągnąć. Najlepsza zabawka w domu i już.

Lato_2_2011-101

Lato_2_2011-102

ko7

Oczywiście nie mogę wyjść z lasu jak nie przytaszczę do domu pełnej torby przeróżnych szyszek, żołędzi i innych cudeniek z lasu, które później wykorzystuje do dekoracji jesiennych w domu. Mój mąż się ze mną droczy, że to już podchodzi pod zbieractwo hi hi. Wy też tak macie?

kol1

kol2

Po powrocie z grzybobrania postanowiliśmy zakończyć ten dzionek pyszną obiadokolacją. Były placki ziemniaczane z sosem grzybowym. Mąż smażył placki, a ja zajęłam się sosem. Wspólnymi siłami wyszło pyszne danie :-)

kol3

******

Do zobaczenia :)

DSC_7910

Continue Reading

Ostatnie migawki lata

 

Wiem wiem, że jesień już zbliża się do nas wielkimi krokami. Można się przekonać po chłodnych wieczorach i opadających liściach. U mnie na balkonie pnącze zabarwiło liście na kolor czerwony. Wygląda pięknie. Jednak  chciałam Wam pokazać ostatnie migawki z mojego pobytu na Mazurach i zabrać Was jeszcze w jedno miejsce, które zachwycało kolorami i zapachem :-)

Pewnego pięknego sierpniowego poranka udaliśmy się do skansenu w Olsztynku. Tego dnia odbywało się święto ziół. Koniecznie chciałam spróbować zupy z pokrzyw i zobaczyć taniec czarownic :-) Przyzwyczajona już do psikusów pogodowych, przekroczyłam bramę skansenu, zlana przez deszcz do suchej nitki, który pojawił się znienacka i zniknął po 5 minutach. No ale jak już popadało to z wielką pompą. Ehh. No cóż, było dziesiątki osób w takiej samej sytuacji jak ja i prawie każdy kroczył ścieżkami z uśmiechem na ustach. Najważniejsze, że mój chłopczyk był suchutki, opatulony po zęby i schowany głęboko w wózeczku, no i oczywiście aparat. Po deszczyku wyszło słoneczko i dopiero się zaczęło. Zapach kręcił naszymi nosami z wszystkich stron. Na każdym zakręcie wisiały wielkie bukiety z kwiatami i ziołami. Jak ja kocham takie obrazy. Nie miałam wcześniej pojęcia, że ten skansen jest taki olbrzymi. Kilkanaście wiejskich chałup, olbrzymie wiatraki, uroczy, drewniany kościółek, ogrody, zwierzęta. I to wszystko w jednym miejscu. Zazwyczaj czytam o jakimś miejscu do którego się udajemy. Tym razem się jednak nie przygotowałam, nie czytałam nic a nic. Tym bardziej to była dla mnie wielka niespodzianka. Chałupy przepiękne. Dachy pokryte strzechą, kolorowe okienka, naturalne, żyjące swoim życiem ogródki, małe płoteczki i strachy na wróble. Od razu przypomniały mi się klimaty u dziadków. Ja do dziś pamiętam jak mój dziadek ubijał w drewnianej maselnicy masło, robił twaróg, a babcia robiła niezliczoną ilość serwet na szydełku. Lato u dziadków zawsze było przepiękne i słoneczne. Dziadkowie zawsze zabierali nas na swoją łąkę. Ja, jak to mała dziewczynka siedziałam w wysokiej trawie i przez cały dzień robiłam bukiety i plotłam wianki z polnych kwiatów, a mój brat, jak to chłopczyk podrzucał mi co chwile, a to jaszczurki, a to żaby. Zdarzyło się czasem, że złapał zaskrońca. Piszczałam ze strachu na widok każdego robala, a on był przeszczęśliwy. Dlatego dziś, jak przekroczyłam bramę i weszłam na teren skansenu, poczułam się jakbym cofnęła się w czasie :-) No, może nie aż tak daleko, bo dziadkowie mieli warunki bardziej ucywilizowane niż tu, ale wtedy takich chałup było sporo. Nawet ze dwie takie stoją do dziś.

DSC_7102

DSC_7145

DSC_7155

kol3

kol2

DSC_7111 DSC_7128

DSC_7172

koll

kol4

kol7

kol4kol5

W środku można podziwiać gliniane garnki, garnuszki i dzbanuszki, pięknie udekorowane malunkami. Przyznam się, że wszystkie bym zaadoptowała i postawiła u siebie na balkonie z kwiatami :-)

kol8 kol9

kol6 kol10 DSC_7173

DSC_7187

DSC_7188

Tyle kwiatów, aż chce się rwać i układać w wazonach. No, ale wtedy to nie będzie tu tak ładnie. Do końca dnia pogoda nas już nie zawiodła. Było ciepło i słonecznie. Na koniec naszej wyprawy zakupiliśmy miód faceliowy. Drugi raz spotkałam się z tą nazwą. Już wiem, że te olbrzymie pola mieniące się kolorami w odcieniach błękitu i fioletu to właśnie facelia. Jest królową roślin miododajnych. To ją właśnie podziwiałam, kiedy byliśmy w drodze do Lawendowego Pola. Pisałam o tym tutaj.

Z wyprawy przywieźliśmy jeszcze świecę o zapachu miodu. Dla mnie to mały śmierdziuszek i raczej ładnie nie pachnie, ale podobno to sam miodek i inni zachwycali się zapachem :) Moi teściowie zakupili miód pitny i na koniec tego wspaniałego dnia po dotarciu do domu, raczyliśmy smakiem swoje podniebienia :)

DSC_7295DSC_7296

Ostatnie dni wakacji zleciały już jak z górki. Cieszyliśmy się każdym dniem, spędzonym pod okiem słońca. Przygotowując się do odjazdu nacięłam sobie świeżych ziółek. W domu ususzę, a na święta jak znalazł. Bardzo lubię pieczeń z dodatkiem ziół, a szałwię uwielbiam w zupie dyniowej. Połączenie tych dwóch składników, szałwii i dyni to pyszny i aromatyczny zespół. 

DSC_6918 kol1

kol2

Jak strasznie żałuję, że nie mam swojego chociaż metrowego ogródka. Wystarczyłaby mi taka mała rabatka jak tutaj, z niewielką ilością warzywek. No i słoneczniki !!!! Jak kwitną są mega piękne, a później można pochrupać ziarenka przy książce :)

DSC_7552

kol3

kol4

DSC_6911

kol6

Ostatnie spacery, pożegnanie lata. Wszystkie zachody słońca były nasze ( o ile nie padało). Sierpień nie był tak gorącym miesiącem jak lipiec. Tutaj w lipcu dosłownie wszystko wypaliło. Trawę, owoce na krzaczkach. Zero malin, zero jeżyn. Co roku zbieraliśmy garściami wielkie, czarne i soczyste jeżyny. Robiłam z nich babski trunek – nalewkę :) A o grzybach można było tylko pomarzyć. W lesie było strasznie sucho, nawet kilka deszczowych dni w sierpniu nie pomogło i nie urosło nic a nic. Spacerowaliśmy zatem i uwiecznialiśmy te chwile na zdjęciach.

DSC_7323

DSC_7314

DSC_7319

kol7

Przyroda jest piękna. Pewnie się ze mną zgodzicie. Cieszyłam się podwójnie, bo nawet komarów nie było. Przynajmniej chociaż raz wróciłam z lasu bez bąbli :)

Następnego dnia rano w dniu wyjazdu zaczęło padać. Padało tylko przez chwilkę. My biegaliśmy z bagażami z domu do samochodu. Kiedy ponownie wychodziłam z domu obładowana po szyje torbami, widok jaki zobaczyłam, przygwoździł mnie do podłoża. Po kilku sekundach ocknęłam się, rzuciłam wszystkie torby i pobiegłam jak oparzona po aparat z gorączkową myślą, czy jeszcze zdążę.

DSC_7350

Była piękna, pierwszy raz widziałam całą tęczę. Była dosłownie tylko kilka chwil, ale w takich momentach człowiek tylko stoi i patrzy i podziwia to naturalne zjawisko. Nie dałam rady zrobić jej całej. Była ogromna i taka intensywna. Musicie uwierzyć na słowo. Właśnie dla takich widoków tu przyjeżdżamy.

*****

Mam nadzieję, że wytrwaliście do końca. U mnie jak zawsze niezliczona ilość zdjęć.

Żegnam się z Wami słonecznikowo :)

 

DSC_7345

Continue Reading

Śliwki Czekolada i Kakao

DSC_7742

Dzień Dobry :)

Dzisiejszy post będzie kulinarny :-) Od dłuższego czasu przymierzałam się do zrobienia po raz pierwszy powideł ze śliwek węgierek. Nigdy sama nie próbowałam robić ani dżemów, ani konfitur, bo jak zaczęłam czytać o przygotowaniach, że dwa lub trzy dni smażenia z mieszaniem to łapałam się za głowę. Stwierdziłam, że to nie dla mnie. Wolałam zrobić coś prostszego. I tak sobie spacerując, natknęłam się na mały kramik z warzywami i owocami. A tam całe skrzynki wypełnione po brzegi śliwkami. No to jak tu nie kupić. Wzięłam 4 kg. W domu zaczęłam śledzić przepisy i natrafiłam na powidła śliwkowe z czekoladą i kakao. Brzmiało bardzo zachęcająco, więc skupiłam się akurat na tym przepisie i wiecie co? Efekt mnie powalił na kolana. Dosłownie. Smak obłędny. Pewnie jak to czytają niektóre z Was to myślicie, a czym ona się tak zachwyca, przecież to tylko powidła. Jednak ja nie spodziewałam się takiego smaku. Żadne powidła zakupione w sklepie nigdy nie przypominały mi tych. Smakując je, czułam się, jakbym jadła śliwki w czekoladzie. Pycha i naprawdę zachęcam wszystkich do spróbowania tego przepisu. Powidła prawie robią się same :-)

Podaję składniki:

4 kg śliwek węgierek,

cukier (ja dodałam tylko do smaku, moje śliwki były dosyć kwaśne),

5 łyżek kakao,

2 gorzkie czekolady

Zabieramy się do pracy. Śliwki umyć i wypestkować. Pokroić w ćwiartki. Pokrojone wrzuciłam do wielkiego garnka o grubym dnie, wlałam odrobinę wody, aby się nie przypaliły i na małym ogniu gotowałam je około 3 godzin. Trzeba pamiętać, aby je zamieszać od czasu do czasu. Na początku robiłam to częściej. Po 3 godzinach zdjęłam z palnika i odstawiłam do wystygnięcia. Tę samą czynność powtórzyłam dnia następnego. Jak śliwki przybiorą już odpowiednią konsystencję to dodajemy pozostałe składniki. Mieszamy do ich połączenia i voila :) – powidła gotowe. Pozostaje nam tylko przełożyć je do wyparzonych wcześniej słoiczków, a później pieścić podniebienie :)

Mam nadzieję, że zdjęcia Was zachęcą :) 

DSC_7631

kol1

kol2

DSC_7639

kol3

kol4

DSC_7797 — kopia

Z podanych składników zapełniłam cztery słoiczki po 580 ml i malutką miseczkę, która została w trybie ekspresowym skonsumowana przez mojego M jak powrócił z pracy. A tak się namęczyłam z obiadem. No cóż, niektórzy zaczynają obiad od deseru :)

DSC_7804

Jeśli ktoś się zachwycił słoiczkami z firmy Weck, tak jak ja, to słoiczki można zakupić tutaj.

DSC_7806

Życzę smacznego i powodzenia ze śliwkami :-)

***

Continue Reading

Pewnego razu w folwarku Karczemka

Dzień Dobry Kochani!

Tak jak obiecałam, zabieram Was w przepiękne miejsce. Kraina jak ze snu, miejsce z duszą. Ja byłam zauroczona. Nie przeszkadzało mi nawet, że przed chwilą lało jak z cebra, a ja w sandałkach biegałam po ścieżkach z aparatem. Z każdym krokiem buzia otwierała mi się coraz szerzej ze zdziwienia. Po prostu tu tak pięknie. Co chwila podchodziłam do męża i mówiłam, …ale ślicznie, prawda?.. A On na to… tak tak, ślicznie tak tak….  i ten jego uśmiech, który oznacza  moja żona zwariowała. Nie mogłam pojąć jak to jest, że od kilku lat jeździmy na Mazury, a to miejsce jest dosłownie parę kilometrów od domu rodzinnego i nigdy tu nie trafiłam. Toż to przecież raj. Dla wszystkich. Jest tu tyle miejsca. Każdy zakątek zagospodarowany i wypielęgnowany. Ba, nawet mają swoje lawendowe poletko. Wyobrażacie to sobie ? Mnóstwo kompozycji kwiatowych, ogromne hortensje, piękne drzewa i zalew. To wszystko w jednym miejscu. Wyniuniane na piątkę. Przekonajcie się sami, zapraszam ze mną na spacer ;-)

Nie uwidoczniłam tego na zdjęciu, ale już sam parking zrobił wrażenie. Po wyjściu z samochodu nie mogłam uwierzyć w to co zobaczyłam. Nad naszymi głowami na belkach stało kilka ogromnych i kolorowych sań na płozach. Widok niecodzienny. W zimie zapewne organizowane są tu kuligi :-) A przed nami główny budynek w którym mieści się restauracja i bar z tarasem urządzone w pięknym stylu i ze smakiem.

DSC_7193

kol1

Domek ogrodnika :)

kol3

Wędzarnia, a przed nią prawdziwe wielkie rabaty ze smakowitymi warzywkami.

kol4

A tutaj lawendowe pole. Co prawda w większości lawenda została zebrana, ale i tak zapach był oszałamiający.

DSC_7207

kol5

Na samym końcu drogi stoi Rybaczówka. Urokliwy domek z niebieskim płotkiem, a dookoła piękny park.

DSC_7203DSC_7215

DSC_7216

DSC_7218

Z Rybaczówki droga prowadzi między innymi nad zalew, ale…… jak skręcimy w lewo to zobaczymy coś takiego ..

kol7

DSC_7230

                                                                           SPA na świeżym powietrzu.

DSC_7229

kol8

DSC_7231DSC_7232

Idąc dalej natknęliśmy się na kolejne SPA, coś wspaniałego.

Oto Świerkowa Bania

DSC_7233

DSC_7234

kol9

Na żywo to miejsce jest jeszcze piękniejsze. Trzeba tu być, aby poczuć ten klimat. Najlepiej pasuje tu opis, który właściciele zamieścili na swojej stronie internetowej, a ja pozwolę sobie ich zacytować..

Proszę sobie tylko wyobraź… …rześki wieczór mieniący się tysiącami gwiazd, spacer przez pachnącą łąkę, taras zawieszony nad jeziorem w cudownej bliskości natury, po chwili zanurzasz się w wypełnionej po brzegi parującej i pachnącej drewnem balii. Gorąca woda faluje uspokajająco, rozkoszujesz się lampką wina, drzewa cicho szumią, a w tle słychać plusk kaczek i perkozów…

Nic dodać nic ująć..

kol10

DSC_7242

DSC_7243

kol12

DSC_7245

Dalej kładeczką przez park wracamy do głównej restauracji. Po drodze mijaliśmy jeden z większych budynków. Podejrzewam, że tam również są pokoje do wynajęcia oraz  sala bankietowa na okoliczne przyjęcia.

DSC_7247

DSC_7248

DSC_7250

kol13

DSC_7252

kol14

kol15

kol16

kol17

kol18

Tu wchodzimy do restauracji i od razu udajemy się na piętro.

DSC_7268

kol19

DSC_7271

DSC_7285

kol20

Najbardziej urzekł mnie pokoik w kolorze miętowym. No po prostu nie mogłam z niego wyjść. Oglądałam dzbanuszki, lampiony i ten zapach kwiatów…  Siedziałam sobie w foteliku, podziwiałam krajobraz za oknem. Jeszcze dobra kawa i książka i można odpłynąć na dłuższą chwilę.

kol21

DSC_7273

DSC_7274

kol22

Wspaniały klimat, uroczy dzień. Aż żal opuszczać to miejsce. Zastanawiam się, ile jeszcze takich perełek kryją w sobie Mazury.

Pozdrawiam :)

*******

DSC_7260

Continue Reading